9. BEZSTRONNOŚĆ HISTORYKA
.: Data publikacji 26-Sie-2005 :: Odsłon: 2848 :: Recenzja :: Drukuj aktualną stronę :: Drukuj wszystko:.

9. BEZSTRONNOŚĆ HISTORYKA

Mało jest książek historycznych, których by - mianowicie w dziennikach politycznych - nie spotkał przede wszystkim zarzut stronniczości. Cóż to jest bezstronność historyka, o której tak często jest mowa?

Otóż bezstronności w ścisłym tego słowa znaczeniu nie można się nigdy od historyka domagać. Bezstronny może być tylko fakt historyczny, który dla historyka jest przedmiotem badania. Historyk zaś, chcąc ten fakt ocenić, musi do tego pewne stanowisko zająć, jakeśmy o tym w ust. 2 obszernie mówili. Stanowisko historyka może i powinno być naukowe, może być wysokie i coraz wyższe, ale zawsze musi być pewnym stanowiskiem i punktem widzenia. Jego następca, który na wyższe stanowisko się wzniesie, będzie widział szerzej, będzie oceniał bezstronniej i lepiej, ale i ten znajdzie znów kogoś, co go w tym względzie przewyższy, Historyk, który by dążył do niemożebności, tj. pragnął być zupełnie bezstronny i żadnego stanowiska nie chciał zająć, byłby podobny do człowieka, który błądzi wśród lasu, ociera się o drzewa, czuje ich woń, widzi pnie i korzenie, ale nie obejmuje jednej rzeczy, tj. samego lasu.

Bezstronnością historyka, w dobrym i korzystnym tego słowa znaczeniu, nazywamy też jedynie usiłowanie jego, ażeby w sądzie swoim wydobyć się spod wszelkich obcych prawdzie historycznej i naukowemu jego przekonaniu celów. Jest to najtrudniejsze dla niego zadanie. Najłatwiej jeszcze, mianowicie w skreśleniu dawniejszych czasów, przychodzi mu oswobodzić się od wszelkich korzystnych lub niekorzystnych względem pewnych osób historycznych uprzedzeń. Trudniej już uczynić to wobec instytucji, które istnieją jeszcze dzisiaj, z którymi historyk się spotyka, od których może zależy, z którymi może jako człowiek i obywatel-polityk, a tym mu być przecież wolno, walczy. Jeszcze trudniej uczynić toż samo wobec stronnictw, jakie istniały w przeszłości i po których dzisiejszym stronnictwom zawsze się jakaś dostała spuścizna. Do jednego z tych stronnictw historyk należy, jednego dążenie pochwala, drugich za to potępia, cóż łatwiejszego, że tę dzisiejszą chęć i niechęć na stronnictwa dawniejsze, które ocenia, bezwiednie nawet przeniesie. Najtrudniej wreszcie strząsnąć z siebie uprzedzenie wobec narodu, którego dzieje się kreśli. Jeśli to naród historykowi obcy i narodowi jego wrogi, to bardzo łatwo stać się wobec jego przeszłości niesprawiedliwym, a tak samo wobec przeszłości własnego narodu pobłażliwością zgrzeszyć. Bezstronność historyka określiliśmy też tylko jako jego szczere usiłowanie, które uwieńczone jest mniejszym lub większym skutkiem. Głęboka wiedza, wyborna metoda badania i wytrwała praca idą temu usiłowaniu z pomocą, ale nigdy skutek tego usiłowania nie jest zupełny, bo historyk jest zawsze człowiekiem. Inni historycy wykryją zawsze w pracy jego szczegóły, którym słusznie pewną bezwiedną stronniczość zarzucą.

Nie dokażą tego celu zwykle niehistorycy, bo są to dla nich w dobrej historycznej pracy za drobne, za subtelne rzeczy. Czynią mu oni zarzut stronniczości pospolicie z tego, że wyniki umiejętności społecznych i politycznych, jak był powinien uczynić, zastosował do historycznych faktów. Według tych wyników nie było nigdy w dziejach żadnego urządzenia czy stronnictwa, które by nie miało obok dobrych także i złych skutków, które by obok epoki swego rozkwitu nie miało także epoki swojego upadku. Historyk, stosujący te zasady do pewnej instytucji lub stronnictwa występującego w dziejach, wykaże niewątpliwie jego zasługi, ale także i błędy, i grzechy. Jeżeli zaś pomiędzy tymi grzechami wykazanymi w jego pracy znajdą się grzechy dawniej nie podniesione, jeżeli nawet historyk dawno znane grzechy wyraziście powtórzył i napiętnował, zamiast je osłabić lub z nich zupełnie oczyścić, to krytyk-publicysta, który pracę historyczną ocenia tylko z tego - zrozumiałego zresztą - stanowiska, o ile ona jego stronnictwu nie przynosi szkody, z pewnością historyka zarzutem stronniczości uraczy. Historyk np., który podniesie działalność jezuitów w Polsce w XVI wieku, który nawet czyniony im zarzut nietolerancji religijnej ówczesnymi stosunkami i korzyścią polityczną wytłumaczy, jeżeli zarazem nie oczyści Possewina, O. Voty i systemu wychowania jezuickiego w epoce upadku spod wszelkiego zarzutu, jeżeli nadto np. odsłoni po raz pierwszy szkodliwe zachowanie się zakonu podczas rokoszu Zebrzydowskiego, może być pewny, że ściągnie na siebie ze strony jezuitów i ich stronników gromy.

Zaślepienie idzie tu niezmiernie daleko. Płytki jakiś krytyk z demokratycznego obozu, który się u nas np. na reprezentanta dzisiejszym demokratycznym interesom narzuca, a o demokracji, jej celach i prawach nie ma widocznie żadnego pojęcia, nie czyta całej historycznej książki dającej nowy obraz przeszłości narodu, a jeżeli czyta, tym gorzej dla niego, bo nie widzi, jak książka ta pierwsza wykazuje, że u nas w ogóle kiedyś w XVI wieku jakieś demokratyczne stronnictwo istniało, że ono miało swój rozsądny program, w którego obronie walczyło, że miało swoich ludzi, a chwilowo nawet osiągnęło przewagę. Dowiedziawszy się po raz pierwszy o czymś podobnym, powinien by podskoczyć z radości i krzyczeć: zwycięstwo! Ale on tego wszystkiego nie widzi, on się czepia czego innego. Gniewa go, że historyk w przeszłości naszej śledzi troskliwie ślad wszelkich usiłowań, które wśród ogólnej anarchii mogły doprowadzić do zbudowania w ogóle władzy rządowej, bo trapi go zmora, że demokracja a silna władza rządowa to dwa sprzeczne pojęcia, i dlatego historyka o tendencje absolutystyczne posądza. Jakim by to był historyk, który by nie liczył się z takim naukowym pewnikiem, jak ten, że żadne państwo bez silnej władzy rządowej ostać się me może, co by był wart sąd historyka, który by tego pewnika do dziejów naszych nie stosował - tego można nie wiedzieć, ale to pewna, że taki krytyk wart takiego demokraty, a taki demokrata wart takiego krytyka.

I gdyby to tego rodzaju zarzuty podniesione były w formie poważnego roztrząsania i naukowego sporu! Ale krytycy takiego chowu, dopatrzywszy się raz tendencji, już nic dobrego i nic nowego w książce się nie dopatrzą, gotowi twierdzić, że w książce takiej nie ma wzmianki o Kochanowskim (prawda, że go szukają w pierwszej połowie XVI wieku), że nie ma w całej książce nic o rozwoju prawa, choćby wszyscy inni utrzymywali, że prawem jest przeładowana. Jedyną też pociechą historyka jest ta okoliczność, że krytycy-publicyści, każdy ze swego stanowiska, tyle mu stronniczości - klerykalizm jeden, liberalizm drugi, wstecznictwo trzeci, postępowość czwarty itd. - zarzucą, że szersza publiczność przeczytawszy to wszystko może nareszcie uwierzy, że bezstronnym być usiłował i na naukowym trzymał się stanowisku. Idzie tu jedynie o publiczność, bo historyk musiałby być naiwny, gdyby tego z góry nie przewidywał lub też tym wszystkim się gorszył. Dla niego istnieje tylko krytyka naukowa: z tej niejedno przyjmie z wdzięcznością, z czym innym będzie się równą bronią potykał i albo swego zdania dowiedzie, albo upadnie. Wobec tej krytyki milkną też wkrótce wszystkie niepowołane głosy.

.: Powrót do działu Michał Bobrzyński: W imię prawdy dziejowej :: Powrót do spisu działów :.