3. PRACA HISTORYCZNA
.: Data publikacji 26-Sie-2005 :: Odsłon: 4444 :: Recenzja :: Drukuj aktualną stronę :: Drukuj wszystko:.

3. PRACA HISTORYCZNA

Praca historyka nie jest też niczym innym jak zebraniem faktów dziejowych i zastosowaniem do nich wyników nauk społecznych i politycznych.

Nauki to niezmiernie rozległe, a myliłby się wielce, kto by je tylko za umiejętności prawnicze poczytał. Ich przedmiotem jest wszystko, co się składa na życie towarzyskie człowieka, a więc związki etyczne, prawne i polityczne, związki mające na celu rozwój społeczeństw i jednostki we wszystkich możebnych kierunkach. Nauki te nie są żadną apriorystyczną filozofią, ale są umiejętnością ścisłą, rozwijającą się systematycznie, postępującą krok za krokiem, stwierdzającą pojedyncze zasady i prawa na drodze doświadczenia i indukcji, stawiającą na podstawie tych praw dalsze hipotezy i pracującą nad ich rozwiązaniem. Znaczenie to umiejętne zdobyły one sobie dopiero w naszym wieku, kiedy do nich zastosowano metodę nauk ścisłych i przyrodniczych. Badają one przede wszystkim, mianowicie za pomocą statystyki, obecne życie towarzyskie człowieka i jego wytwory, zarówno w szczegółach jako też w całości i związku, a sięgając na tej podstawie w przeszłość, pytają się, czy w przechowanych nam objawach dawniejszego życia, w historii, prawa dzisiejszego rozwoju ludzkości nie znajdują potwierdzenia, rozwinięcia i większej liczby przykładów, czy po pewnych faktach następowały zawsze jedne i też same skutki. Prawo takie rozwoju, widoczne dzisiaj, stwierdzone licznymi faktami w przeszłości, staje się umiejętnym pewnikiem.

Nauki społeczne i polityczne zakreślają też historykowi granice jego badania i pracy. Historyk, jeśli nie przedsiębierze pisać dziejów powszechnych, tj. całej ludzkości, musi sobie obrać za przedmiot dzieje pewnego związku ludzkiego, który posiada naturalny ustrój i samoistnym rozwija się życiem. Można więc pisać dzieje jednego narodu lub państwa, a choćby dzieje Kościoła, gminy, dzielnicy itp., ale niepodobna pisać umiejętnie dziejów ludności mieszkającej np. między Wisłą a Niemnem, bo ludność ta nie tworzyła nigdy sama przez się jednego lub kilku z takich ustrojów, w których się życie nasze obraca i zamyka. Najważniejszymi są też dzisiaj prace historyczne, które sobie biorą za przedmiot przeszłość jednego narodu i państwa, bo naród i państwo jest to najwyższy, naturalny, samoistnie się rozwijający ustrój (organizm), na który się ludzkość dotychczas zdobyta.

Z nieuwzględnienia tych zasadniczych spostrzeżeń nauk społecznych i politycznych rodzą się często, również i w naszej historii, nader szkodliwe błędy. Dlatego że Polska w dalszym swoim rozwoju wcieliła w swój skład Litwę i znaczną część Rusi, są tacy, którzy żądają, ażeby historię Polski, Litwy i Rusi - nawet przed ich złączeniem - w jednym obrazie, jako jedną całość przedstawiać. Jest to rzeczą wprost niemożebną, bo każda z tych części składowych późniejszej Rzeczypospolitej stanowiła przedtem odrębny, odmiennie urządzony i rozwijający się organizm narodowy i państwowy, i odrębnie tylko w tej epoce swego rozwoju pojętą i określoną być może. Chybaby więc odwrócić fakta i wmówić w siebie i w drugich, że np. Rusini nie mieli nigdy samoistnego politycznego bytu, a język ich to tylko naszego narzecze. Prawda, znaleźli się u nas brukowi historycy, a raczej politycy, którzy i to powiedzieli nie bacząc, jak nam przez to nie tylko wobec obcych, ale wobec nas samych smutne wydają świadectwo. Politycy ci utrzymują, że Polska składała się pierwotnie z właściwej Polski, Litwy i Rusi, następnie połączyła się tylko w jedną polityczną całość, a rzucają kamieniem na tego, kto mówi o przyłączeniu Litwy i Rusi. Szkoda, że taki polityk nie zjawił się na sejmie z 1569 roku; byłaby mu szlachta nasza, przeprowadzająca unię w imię "inkorporacji" z roku 1413, piękny wyprawiła "huczek". Pomijając to jednak, zastanówmy się: Jeżeli Ruś i Litwa już od Mieszka i Chrobrego były Polską, to znika cała zasługa naszych dziejów, polegająca na tym, żeśmy na dalekie przestrzenie Wschodu zanieśli pochodnię cywilizacji i naszej gospodarskiej pracy. Tak to każde pogwałcenie zasad naukowych w historii doprowadza to fałszowania faktów i odzierania przeszłości z jej najchlubniejszych zasług.

Zakreśliwszy granice badania, nauki społeczne i polityczne dają historykowi w ręce pewną miarę do ocenienia doniosłości pojedynczych faktów, pozwalają mu mnóstwo drobniejszych faktów z wszelką zasadą i korzyścią pomijać, a te tylko podnosić i zaznaczać, które w życiu badanego przezeń ustroju rzeczywistą odegrały rolę. One to, przedstawiając historykowi, że pewien ustrój, np. państwo, z takich a takich się składa czynników, zniewalają go do wyszukiwania i badania wielu objawów dziejowych, na które inaczej nigdy by nie zwrócił uwagi.

Historyk uzbrojony w nauki społeczne i polityczne oznaczy z łatwością po niewielu faktach, z jakim znanym rodzajem ustroju państwa i społeczeństwa w danym wypadku się spotyka, a przykładając zbadane przez się stosunki i urządzenia do tego ogólnego wzoru, ułoży je w jedną harmonijną całość i z łatwością opisze, wskaże szczegóły, które w tym ustroju więcej niż pospolicie są rozwinięte, wskaże zarazem jego niedostatki i braki, wyświeci przyczyny tych wad i zalet, a przez to indywidualność jego wybitnie naznaczy. W całym tym opisie i układzie" nie będzie dowolności i samowoli, bo to wszystko, co niegdyś było organicznie ze sobą związane w przeszłości, ujrzy się w tymże samym związku odtworzone w historycznym obrazie.

Praca historyka na tym się jednak nie kończy. Każdy ustrój, który istniał w przeszłości, musiał się poruszać, to jest rozwijać lub cofać. Nie może też historyk poprzestać na opisaniu pewnego dziejowego ustroju, musi skreślić nam jego życie w całym jego przebiegu dziejowym i w jego wszystkich objawach. Taki jest cel, takie zadanie i pojęcie historii. Otóż do rozwiązania i tej najtrudniejszej zagadki nauki społeczne i polityczne historykowi rękę pomocną podają. Znajdzie w nich skreślone, w jaki sposób każdy ustrój się porusza, w jakich warunkach się rozwija, w jakich znowu upada, jakim - jednym słowem - prawom rozwoju i upadku podlega. Znając zaś to wszystko, tę fizjologię państwa i społeczeństwa, może już historyk śmiało iść za ruchami danego państwa i społeczeństwa, za pozostałym po tych ruchach śladem, może te ruchy zrozumieć, powiązać i wytłumaczyć, może w każdej chwili stwierdzić, czy ma do czynienia z upadkiem, czy z rozwojem, może przyczyny tych zjawisk w pewnych, z góry przez naukę wskazanych faktach odnaleźć i tym samym wyjaśnić. Da się tu praca historyka przyrównać do pracy lekarza, który poznawszy na zasadzie ogólnych prawd anatomicznych ustrój pewnego człowieka, stwierdza następnie w każdej chwili z łatwością stopnie jego fizycznego rozwoju, rozpoznaje na podstawie zasad fizjologicznych każdy jego ruch i działanie, rozpoznaje zboczenia i wykazuje ich przyczyny i skutki.

Objaśnijmy rzecz na przykładzie. Znany jest i stwierdzony fakt, że absolutna władza monarsza, stanowiąca dźwignię państwa pierwszych Bolesławów, zaczęła się chwiać po śmierci Krzywoustego i w ciągu średnich wieków, utraciwszy wiele ze swych prerogatyw, z przewagą możnowładztwa duchownego i świeckiego musiała się liczyć. Z faktu tego wielu historyków, dość wspomnieć Hoffmana i Huppego(1), wyprowadzało wniosek, że czasy świetności Polski kończą się ze śmiercią Krzywoustego, a od tej chwili rozpoczyna się już nieustanny rozkład, niczym nie powstrzymany upadek. Na czymże to jednak opierał się tak bolesny, upokarzający sąd o naszej przeszłości? Na nieznajomości, powiedzmy wprost, najgłówniejszych prawd, w naukach społecznych i politycznych od dawna stwierdzonych.

Historycy owi zwracając wyłączną uwagę na formę rządu zapomnieli o społeczeństwie. Wskutek tego nie zauważyli zupełnie, że równocześnie z osłabnięciem pierwotnej władzy monarszej - rozwija się u nas, budzi się do samoistnej pracy i mężnieje społeczeństwo, że władza monarsza musiała dlatego ustąpić nieco ze swoich prerogatyw na rzecz samorządu Kościoła, miast i ziem, bez którego praca społeczna nie mogła się rozwinąć. Uwzględniając ten wynik nauk społecznych i politycznych, stwierdzony w dziejach tylu średniowiecznych ludów, byliby historycy doszli do wprost przeciwnego wniosku i wykazali rzecz, dziś już powszechnie uznaną, że w ciągu XIII, XIV i XV wieku naród nasz nieustannie się rozwija, bo tracąc nieco na energii swej naczelnej władzy, zyskuje stokroć więcej na samorządzie społecznym. Historycy owi, patrząc jedynie na formę rządu, nie dojrzeli, że państwo polskie z patriarchalnego stało się patrymonialnym, nie domyślali się, że to ostatnie odmienny musiało mieć ustrój i odmiennym prawom rozwoju musiało podlegać. Patrząc się na dzieje nasze średniowieczne w świetle militarnej monarchii, potępiali przywileje (np. koszycki z roku 1374), widzieli w nich objawy rozstroju i upadku, zamiast w nich uznać zbawienne określenie samorządu stanów, na którym się każde państwo patrymonialne koniecznie opiera.

.: Powrót do działu Michał Bobrzyński: W imię prawdy dziejowej :: Powrót do spisu działów :.