8. KRYTYKA PRACY HISTORYCZNEJ


8. KRYTYKA PRACY HISTORYCZNEJ

Cieszyć się musi historyk, jeżeli po ogłoszeniu swej pracy spotyka się z jednym i drugim jej ocenieniem, napisanym przez ludzi, którzy własnymi swymi pracami i samą oceną również dają dowód, że rozumieją znaczenie historii i ściśle naukową metodą badania władają. Tego rodzaju krytyki wyświecą istotne jego pracy zalety i naukowe zdobycze, wykażą mu zarazom jej usterki i wady. Krytyka napisana z naukowego stanowiska wykaże fakta, które historyk opuścił lub błędnie przedstawił, i wytłumaczy to albo nieuwzględnieniem pewnych historycznych źródeł, albo niedostatecznym ich opracowaniem. Krytyka naukowa wykaże mu, gdzie pomylił się w sądzie swym historycznym i do błędnych doszedł naukowych wniosków, i wyjaśni to albo niedostateczną z jego strony znajomością pewnego prawa, stanowiącego część nauki o społeczeństwie i państwie, albo też niezręcznym i niewłaściwym stosowaniem tego ogólnego prawa do faktów, które miał zestawić i ocenić. Nic też pożyteczniejszego dla rozwoju nauki, jak spory naukowe prowadzone przez ludzi, którzy stojąc na tym samym umiejętnym stanowisku, kontrolują nawzajem swój talent i pracę i, prostując przez to swoje usterki, dążą do rozwiązania wielkich zagadnień przeszłości.

Nie ma też historyk piękniejszej za swe trudy nagrody nad tę, jeżeli szeroka publiczność pracę jego rozchwyci, jeżeli ją czyta, jeżeli się do niej zaciekawi i za przedmiot swojej rozwagi i rozmów obierze. Nie każda wprawdzie historyczna praca może sobie w ten sposób do szerszych kół utorować drogę; badania specjalne, przygotowawcze, muszą się w ciaśniejszym gronie uczonych zamykać. Dzieło atoli, które całość dziejów lub większe ustępy obejmuje i ostateczne naukowego badania podaje wyniki, powinno koniecznie stać się własnością wykształconego i czytającego ogółu. Jeżeli to nie nastąpi, winne jest samo dzieło, a raczej, gdy się o nim krytyka naukowa wyrazi z uznaniem, jego nieprzystępna forma.

Dbając jednak niezmiernie o sąd publiczności, który się w rozszerzeniu książki, czytaniu jej i rozstrząsaniu objawia, historyk na właściwy sąd tej publiczności wcale się nie może i nie powinien oglądać. Im więcej bowiem jakaś historyczna praca podaje nowych, nie znanych przedtem szerszym kołom wyników, im więcej z dawnych błędnych mniemań wywraca i prostuje, tym większą musi ona w pierwszych chwilach wywołać w tych szerszych kołach niechęć, oburzenie i krzyki. Już się to tylekroć powtórzyło, że przestało gorszyć i dziwić. Zresztą, rzecz naturalna, jest to jedynie dowodem, że historia, obok swego naukowego zadania, ma jeszcze olbrzymi wpływ i zadanie społeczne.

Każdy myślący i wykształcony człowiek, wyrabiając sobie kierunek swej pracy, swych myśli i uczuć, opiera go w znacznej części na wiadomościach historycznych, które sobie czy to z nauki szkolnej, czy też z własnego czytania przyswoił. Było mu z tym tak wygodnie, tak dobrze, cieszył się i dumny był z równowagi, jaka zachodziła pomiędzy jego działaniem i wiedzą. O dalsze rozwijanie tej wiedzy, mianowicie w historycznym kierunku, odtąd już się zupełnie nie troszczył, a zresztą nie każdemu pozwalał czas i stosunki, żeby postęp historii, objawiający się w mnóstwie szczegółowych dzieł i rozpraw, nieustannie mógł śledzić. Tymczasem w ciągu kilkunastu lat wiedza historyczna zrobiła olbrzymie postępy i nagle wychodzi książka podręczna, wszystkim dostępna, która szerszej publiczności wykazuje, że dawniejszy pogląd na przeszłość był błędny, że historycy już bezpowrotnie go porzucili — książka, która opierając się na ich szczegółowych pracach nowy obraz przeszłości buduje i cały szereg nowych spostrzeżeń i faktów przed oczy czytelników przywodzi. Książka tego rodzaju burzy równowagę i spokój wewnętrzny wielu jednostkom, napawa nieufnością do wielu rzeczy, które się ukochało z przeszłości i na świeczniku stawiało, każe natomiast w przeszłości tej szukać nowych punktów oparcia, zastanawiać się nad nią i nowe dla dzisiejszej pracy wyprowadzać wnioski. Dla nikogo nie jest to łatwo, dla wielu za późno. Czyż zatem można się dziwić, że książka taka wywołuje pewien zamęt, niedowierzanie, obawy, zarzuty? Czy jej to jednak odejmuje w czymkolwiek wartości?

Pomyślmy teraz, że ów czytelnik jest politykiem z zawodu, a w szczególności politykiem-publicystą, że od dawna i skutecznie reprezentuje pewien polityczny kierunek, że od utrzymania się tego kierunku zależy jego stanowisko, wpływ, dochody i sława. Wtem wychodzi książka historyczna, o której mówiliśmy wyżej, a książka taka, choćby była najznakomitsza, chociażby w niej nie było cienia i śladu oglądania się na obecne dążenia i kierunki, nie może na te dążenia pozostać bez wpływu. Dążenia, które się opierały w znacznej części na błędnym o przeszłości mniemaniu, widzą się - gdyby nowy pogląd zwyciężył - zagrożone w swym bycie; inne zmuszone są porzucić wiele skutecznych argumentów, czerpanych przedtem z wywróconego już obecnie poglądu, widzą się zniewolonymi do pewnej zmiany swego programu, a w każdym razie do odświeżenia nieraz wielce już zaśniedziałego arsenału swych historycznych wywodów. Potrzeba się z czymś nowym liczyć, potrzeba się tej nowej rzeczy nauczyć, a to dla ludzi, którzy dokonywający się w cichości rozwój nauki od dawna już spuścili z oka, którzy tylko do uczenia drugich się przyzwyczaili, tak jest ciężkie i trudne. Tym, którzy panowali dotychczas, grozi walka z jednym lub drugim, dobrym czy złym, ale ruchliwszym dążeniem, które nowe wyniki nauki z pewnością pochwyci i słusznie czy niesłusznie na swoje koło obrócić się postara. Czyż to nie dość powodów, ażeby politycy-publicyści na widok takiej książki w pierwszej zaraz chwili z największą się na nią zajadłością rzucili? Może się takim wystąpieniem powiedzie książkę tę potępić i zabić. A jeżeli się nie powiedzie? Wówczas jeszcze dość będzie czasu do odwrotu, wówczas będzie trzeba nowym wynikom nauki uważniej się przypatrzyć, a w wynikach tych znajdzie się przecież i jedno, i drugie, i trzecie, co na rzecz każdego kierunku przemówi. Tymczasem wojna na zabój. Na szczęście nie są straszne ani śmiercionośne tej wojny publicystycznej pociski.

Wielkie jest niewątpliwie i poważne zadanie dziennikarstwa, ale ma ono swoje granice, których mu pod grozą utracenia tej powagi nie wolno przekraczać. Taką granicą dla dzienników jest przede wszystkim pole krytyki naukowej. Wykluczam tu oczywiście te wypadki, w których dziennik umieszcza krytykę podpisaną przez imię, które ma swoją wagę w naukowym świecie i które traktując rzecz z naukowego stanowiska, bierze za krytykę odpowiedzialność. Mówię o recenzji, która napisana przez publicystę ma jedyną firmę w samymże dzienniku. Jeżeli taka recenzja jest wiernym sprawozdaniem z naukowej pracy, jeżeli porównawszy ją z dawnymi, zaznaczy dobrze jej nowe wyniki, jeżeli w sposób trafny możliwy wpływ tych wyników zapowie, a o prawdzie i wartości ich sąd uczonym zostawi, jeżeli zaczekawszy na ten sąd, następnie go ogłosi - to sprawozdanie takie pojmuję ze strony dziennika jako rzecz obowiązku. Jeżeli jednak dziennik, nie czekając na ten sąd, z góry apodyktycznie wyrokuje o naukowej pracy, to niewątpliwie zadanie swoje przekracza. Trudno wprawdzie nie stwierdzić i na tym polu wielkiego postępu. Niedawno temu każdy jeszcze znal się na meteorologii i stawiał horoskop pogody lub deszczu; dzisiaj z meteorologami i obserwatorami meteorologicznymi współzawodniczą już tylko prorocy kalendarzowi. Ale o hipotezie naukowej Darwina wyrokuje już wielu; znawstwo historii, a cóż dopiero historii literatury, przyznaje sobie każdy, co pisze, a ten, co drukuje, uważa je za rzecz swojego honoru. Jakby to nie były umiejętności, i to jedne z trudniejszych, jakby one nie wymagały zupełnego im oddania się i mozolnych a fachowych studiów!

Jeżeli też krytyki prac naukowych, oparte na takiej szlachetnej niewątpliwie, ale bezpłodnej, a nieraz nawet szkodliwej ambicji, nie są gołosłownym wyrokiem, to jakichże to na ich poparcie nie można się naczytać argumentów. Dbając mniej o obronę pewnej danej książki niż o wyjaśnienie dzisiejszego stanowiska historycznej pracy i otaczających ją warunków, ograniczę się do tych zarzutów, z którymi każda książka historyczna naukowa w krytyce dziennikarskiej zawsze się spotyka.



2005 ©  Genealogia Polska
http://genpol.com/